Kambodża ja chce Dodża :)

Marta_Duczi_Duczman_DucziwDrodze

Po dwóch miesiącach w Tajlandii ruszyliśmy w stronę, „dzikiej” i tajemniczej Kambodży.

Podróż nasza rozpoczęła się w Kanchanaburi, skąd przemieściliśmy się do Rayonga, następnie do Trat, a z trat na granicę Tajsko – Kambodżańską.

Granica mocno odbiegała od mych dotychczasowych doświadczeń z przejściami granicznymi, to przypominało zdecydowanie budkę stróżówkę na ogródkach działkowych pod Warszawą, gdzie droga się skończyła i zaczyna się szutr.

Pokonanie granicy poszło sprawnie, ponieważ dokonaliśmy zakupy e-wizy przez internet (co gorąco rekomenduje, ponieważ nikt Was nie naciągnie na dodatkowe $).

Ok godziny 12:00 byliśmy na granicy, stąd mieliśmy do pokonania wedle moich obliczeń jakieś 120-150km, okazało się, kolejny raz podczas tego dnia że to co w Europie jest normą tu nie działa 😉

Więc pogodzona z losem, że zamiast podróżować 2 godziny będzie to 7 godzin, grzecznie siedziałam na swoim miejscu gondolowym czyli kole, głęboko oddychając  i dostrzegając tylko piękne uroki otaczającego mnie Parku Narodowego, pokonywałam kolejne kilometry tej „krótkiej podróży”.

Lecz jak się okazało to nie koniec przewidzianych na ten dzień niespodzianek. Kiedy już w końcu wyjechaliśmy na asfaltową drogę i odczułam ulgę, bo śniadanie przestało mi się przypominać 😉 Nagle na środku drogi autobus zatrzymuje się i zostajemy przez jednego z Khmerów poinformowani, że jeśli my do SihanoukVille, to tu musimy wysiąść, po środku niczego. Wymieniliśmy przerażone spojrzenia z Michałem, pozbieraliśmy rzeczy i wysiedliśmy. I uwaga autobus odjeżdża, a oczom naszym na wysepce pomiędzy przecinającymi drogami maluje się obraz – ogrodowy stolik, krzesła i parasol, na kartonie markerem namazane BUS STATION, i uśmiechnięta obsługa która zaprasza nas byśmy sobie usiedli i poczekali na autobus.

Nie minęły 3-4 minuty, podjechał nasz autobus, zapakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej.

Ok 18 – 19 znaleźliśmy się w SihanoukVille, gdzie jak tylko przekroczyliśmy próg busa, zostaliśmy oblepieni jak stonki Tuk-Tuk’menami, którzy za zaledwie 20$ mogą zawieźć nas do hostelu.

Po oddaleniu się kilkaset metrów od dworca, przestudiowaniu mapy, dogadaliśmy się z Tuk Tukiem, że za 5$ zwiezie nas do hostelu, jeśli ten nam się nie spodoba zawiezie na do następnego itd. I tak spędziliśmy ok 1,5h jeżdżąc od hostelu do hostelu w poszukiwaniu noclegu.

Koniec końców znaleźliśmy nocleg na jedną noc, w którym spędziliśmy dwie i ruszyliśmy na rajską wyspę Koh Rong.

Tego samego wieczora poznaliśmy Pawła i Bartka z Wawy, którzy byli w pierwszy miesiącu podróży i z którymi ponownie spotkamy się na Filipinach w lutym 🙂

image-ae982d513d6b8cc95e08871c001d4f87bb79406e038576d40f281c86981b78e9-V

20131213_112120

20131213_112133 20131214_141658 20131214_173635 20131214_173818 20131214_174632

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *