Palawan – Sabang

Po trzech dniach spędzonych w Puerto Princessa (PPS), nosiło mnie bo nie takie wyobrażenie Filipin miałam, marzyło mi się morze, piasek, słoneczko, a nie miasto pełne trycykli, motorów i samochodów, pełne spalin i hałasów. Do tego niestety miałam problem ze znalezieniem jedzenia dla siebie, kolejny raz dziękowałam za zakupiony w Tajlandii blender 🙂

Zerknęłam na mapę, popytałam lokalsów i wybór padł na Sabang. Halina stwierdził że jeszcze chce trochę rzeczy zrobić w PPS, wiec tam został a ja wpakowałam się w tryckl i ruszyłam na dworzec, gdzie mini van wypełniony filipińczykami po brzegi zabrał mnie do obranego celu.

Jak tylko wyjechaliśmy za granice PPS, moim oczom ukazały się malownicze krajobrazy, takie które własnie kojarzyły mi się z Filipinami. Serpentyny górskie, nad brzegiem morze, słońce, w oddali bambusowe chatki  CUDOWNIE 🙂 I już po 2 godzinach drogi dotarłam do Sabang słynącego z Podziemnej Rzeki, gdzie oczywiście nie miałam nic zabukowanego do spania, ale Szef zawsze tak prowadzi, że wszystko co potrzebne przychodzi wtedy kiedy trzeba 🙂

Wysiadłam z Vana i Filipnino z bananem od ucha do ucha mówi do mnie, „wyglądasz jakbyś nie maiła noclegu” hehehe zaczęłam się śmiać, mówię, że tak faktycznie nie mam, na co on że ma domki, pytam ile, negocjuje schodzi z ceny o 300 peso i już po chwili jesteśmy w drodze do niego.

Docieramy na miejsce o dźwięcznej nazwie „Green Verde”, no a gdzież mogła zamieszkać miłośniczka zieloniutkiego koloru i w tej chwili moje marzenie o domku na samej plaży zostaje spełnione 🙂 TAKIE FILIPINY TO JA ROZUMIEM 🙂 Właśnie o takiej bambusowej chatce marzyłam od momentu kiedy ruszyliśmy w świat 🙂

Otwieram rano oczy i widzę Ocena, zasypiam przy jego dźwiękach a dookoła otaczają mnie góry, bajeczne miejsce. Zupełnie nie przeszkadza mi to, że prąd nie jest dostępny przez 24 godziny na dobę i że jest prysznic z zimną woda, to nie jest ważne, jest tu tak gorąco, że ciepła woda jest jak za karę, a prąd hmm potrzebuje go tyle by naładować telefon i komputer.

I ważna rzecz, zawsze kiedy rozdzielamy się z Halinką nie jesteśmy sami, spotykamy wówczas ludzi albo tych, których poznaliśmy już wcześniej razem, albo naszych rodaków i tak też jest tym razem. I tak też jest tym razem, spotykam tutaj załogę spotkaną w Manili i dwójkę nowych Polaków. Jak widzicie Szef nad nami czuwa i nie daje nam byśmy byli za bardzo osamotnieni 🙂

Ponieważ wyjechałam głodna, a po drodze tez nic nie jadła, wiec marze o czymś ciepłym i mam awersję do ciastek na ten moment 🙂 Na początek kieruje się do resortu przy plaży o nazwie Sheridan, gdzie wabią mnie przecudowne zapachy i postanawiam własnie tam zjeść, fakt ceny są dużo po nad przeciętną, ale dziś jest Dzień Dziecka 🙂 I zmawiam tam dwie najpyszniejsze potrawy jak dla mnie dotąd na Filipinach jest to krem z dyni z oliwą truflową i grzankami czosnkowymi i warzywa z grilla z eko farmy Sheridana w sosie musztardowo-miodowym. Jak przypomnę sobie smak tych potraw to się rozpływam to czysta poezja 🙂 Jeśli będziecie w Sabang rekomenduje Wam tam zjeść bo warto 🙂

A teraz trochę zdjęć 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *