W drodze do Vigan.

Dziś dzień przemieszczania. Ponieważ ja nie lubię się spieszyć rano, uważam, że początek dnia jest czymś niezwykle ważnym, ponieważ nadaje atmosfery dla całego dnia i jak to powiedział Garfield „Gdybyśmy mieli wyskakiwać z łóżek, to spali byśmy w tosterach;)”. Dlatego też w dniu kiedy mamy się przemieszczać wstaje odpowiednio wcześnie by móc, robi wszystko w najlepszy dla mnie rytmie, a przede wszystkim zjeść spokojnie śniadanie i napić się kawy. Pierwszy posiłek w ciągu dnia jest dla mnie niezwykle ważnym elementem, celebruje go i bardzo nie lubię robić tego w pośpiechu.

Dlatego też, wstałam o 7 i po porannej praktyce wdzięczności i przywitania dnia, ruszyłam na śniadanie do miejsca, które trafiło dla mnie na listę miejsc ulubionych czyli do Brew Coffe Sagada. To rodzinna kawiarnio – restauracja, prowadzonych przez mamę i jej synów. Kuchnia jest naprawdę domowa, można zjeść domowe naleśniki z owocami lub warzywami, czy jajko sadzone z pyszną porcją chrupiących świeżych warzyw. Tutaj w Sagadzie warzywa są najlepsze jakie jadła dotychczas na całych Filipinach, są prosto z ogródka, organiczne i bez nawozów sztucznych. Do tego kawa serwowana jest w dużym kubku i smakuje obłędnie. Atmosfera tego miejsca jest po prostu domowa, a każda potrwa jest przygotowana z sercem.

W trakcie śniadania dołączył do mnie Halina, posiedzieliśmy tam jeszcze trochę, zrobiła się godzina 10:00, a o 11:00 startowaliśmy do Bontoc. Halina miał jeszcze jakieś sprawy do załatwienia, a ja ruszyłam do pokoju się pakować.

Mimo wcześniejszych ustaleń Halina przepadł, ja miałam świadomość, że długa droga przed nami więc zależało mi na tym by wystartować odpowiednio wcześnie. Dlatego też, zabrałam swój madżur, zostawiłam kasę za pokój, a klucz w recepcji, była już 10:50, do dworca był kawałek, wiedziałam że nawet jeśli teraz przyjdzie to nie zdąży. Spotkaliśmy się po drodze, powiedziałam, że ja jadę. Był trochę zdziwiony ale zaakceptował moją decyzje.

Wsiadłam w jeepneya do Bontoc i ruszyłam. Droga trwała ok 40 minut, po drodze rozpościerały się malownicze widoki tarasów ryżowych i górskich potoków – przyszła wówczas do mnie taka myśl, że chce wziąć plecak i ruszyć w górę potoku, spać gdzieś w namiocie i wyłączyć telefon, słuchać natury, być z dala od miasta.

Dojechaliśmy do Bontoc i okazało się, ze nie ma tu busa do Vigan, i że powinnam wracać do Sagady, bezsens w Sagdzie powiedzieli, że mam jechać tutaj, zrobiłam wywiad i okazało się że jest bus do Baguio i tam jest bus do Vigan, trochę bez sensu bo się cofam bez sensu.Starsza Pani, która prowadzi mnie na dworzec, przeprasza za Filipińczyka, który wprowadził mnie w bład, mówi że oni tak nie robią, że są pomocni. Kocham tych ludzi są tacy prawi i tacy pomocni.

Dzwonie do Hali, on robi rozeznanie w Sagdzie, a ja biorę policjanta pod pachę  i proszę by zaprowadził tam skąd jadą mini vany do miejsca  którym mogę przesiąść się do Vigan, on mnie wsadza w tryckl, jadę tam pytam trzeba 3 razy się przesiadać, wracam do policjanta on idzie ze mną w to samo miejsce i mówi, że jedyna droga to 3 razy się przesiąść. Dzwonie do Haliny, nasze zeznania się zgadzają, On jedzie do mnie do  Bontoc. Jeszcze pytam kilku osób wszystko się zgadza trzeba jechać z Bontoc do Bauko, stamtąd do Cervantez, później do Tagudin i Tagudin do Vigan, są regularne busy.

Mam jakieś 40 minut więc w miedzy czasie siadam przy lokalnym markecie i pije wodę, obok mnie siedzą starsze Panie handlują jakimiś owockami. Jedna podnosi mi włosy na szyi i patrzy na mój tatuaż, pokazuje mi swoje ręce, które są całe wytatuowane  od barków po nadgarstki. Chce z nią rozmawiać, zadaje pytania, ale niestety bariera językowa  nie pozwala nam na to, trochę na migi próbuje, coś tam się dowiaduje, ale niestety ja nie znam tagalo ona angielskiego, uśmiechamy się do siebie obie życzliwie i z serca, następuje taki magiczny strzał energetyczny nie do opisania, jakby ktoś mnie podpił pod 220 volt 🙂

Żegnam się z nią i idę na rundkę przez miasto, odwiedzam lokalny market, na którym można kupić wszystko czego dusza zapragnie, odwiedzam pobliskie uliczki. To miasteczko chyba rzadko odwiedzane jest przez białasów, ponieważ wzbudzam zainteresowanie wśród przechodniów, zatrzymują się przyglądają, pokazują sobie mnie palcami, krzyczą hello mom!, Good morning Mom!, jest super 🙂 Docieram na dworze, wyciągam swój zeszycik i sobie notatkuje, bardzo lubię te momenty kiedy robię, zapiski wówczas w mojej głowie otwiera się jakaś kolejna furteczka, serducho podskakuje do góry, a ja czuje się lżejsza 🙂

Naglę słyszę DooDoo, nie jestem pewna czy dobrze słyszę, jeszcze raz powtarza się wołanie, lecz nie jest to głos Haliny, rozglądam się w z Jeepneya wygląda uśmiechnięty od ucha do ucha kierowca filipińczyk w kapeluszu, macha do mnie i pokazuje, że z tyłu siedzi Halina. Idę do nich i okazuje, że nie jedziemy z tego przystanku tylko z innego.

Docieramy na przystanek mini vanów, za 10 min startujemy Bauko. W vanie są już starsze miłe Panie, które oglądają jakieś suplementy. Pytają skąd jesteśmy, ile czasu jesteśmy na Filipinach, gdzie nam się podobało najbardziej, ja pytam co za suplementy mają, rozmowa idzie w najlepsze 🙂 Kierowca mówi, że startujemy. nasza podróż będzie trwała ok godziny , jest już 14:00.

Droga do Bauko jest pełna malowniczych górskich widoków. Docieramy do Bauko, gdzie przesiadamy się w vana do Cevrantez. Tutaj łapie nas deszcz i mamy dłuższą przerwę. Zanurzam się  lokalne sklepiki w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Miejsce to jest zdecydowanie nie odwiedzane przez białasów, ponieważ kiedy idę ulicą ruch zamiera, wszyscy przyglądają się, uśmiechają machają, krzyczą Miss Beautyfull, jest uroczo 🙂 Znajduję banany i cynamonowe ciasteczka.

Widok jest malowniczy, zresztą zobaczcie sami:

Pakujemy się do vana, jedziemy do Cevranez, w drodze ktoś wysiada, wsiada, Pan obok mnie ma super różowe buty, dziewczyna obok mnie jest nie pocieszona bo proszę ją o przymkniecie okna bo jest mi zimno. Pogoda zmieniała się już dziś kilka razy od upały, przez jesienny deszcz i zimny wiatr. Dojeżdżamy do Cervanez, jest godzina ok 17:00.

Od razu przychodzi do nas kierowca vana i łamanym angielskim mówi nam, że mamy on nas zawiezie do San Fernando, ale tłumaczę mu że to nie po drodze. On nie umie mi wytłumaczyć że przejeżdża przez Tagudin i robi się mezalians. Pojawia się lepszy cwaniak i pyta gdzie jedziemy ja mówię, że do Vigan on mówi, że to tamten van jedzie do Vigan, ja pytam o której on do mnie mówi, że o której chce hmmm pytam za ile 5000 peso, ogrania mnie pusty śmiech, za wszystkie przesiadki dotychczas zapłaciliśmy może 200 peso 🙂

Pojawia się Pani, która mówi po angielsku i ratuje sytuacje, okazuje się że bus do San Fernando jedzie przez Tagudni więc możemy się nim zabrać, ok pakujemy się, ja zostaje w vanie Halina idzie na rekonesans po miasteczku, godzina odjazdu jest nieznana, zależy kiedy van się zapełni.

Siedzę w vanie przechodzą dzieci, wszystkie jak na 3,4 krzyczą Helllou :), odpowiadam im, jeden z chłopców krzyczy You are Beautyfull, na co ja mu odpowiadam You are Głapo (głapo w języku vissayja i tagalo, oznacza przystojny, do kobiet mówi się Głapa- piękna) 🙂 po tych słowach dzieci zawracają i zaczyna się seria pytań jak z karabiny, a skąd jestem, jak mam na imię, jak mają na imię moi rodzice, czy mam rodzeństwo, itd itd. Po dłuższej chwili dzieci żegnają się ze mną i idą dalej. Pani która jest razem ze mną w vanie, mówi, że oni rzadko widzą kogoś z białym kolorem skóry dlatego jestem dla nich taka egzotyczna 🙂  O to dzieciaki:

20140805_172229

Ruszamy w kierunku Tagudin. Podróż trwa ok 3 godzin, docieramy na miejsce wysiadamy na przystanku, zaczyna padać bardzo mocno. Pytam Pań, które mają stragany przy przystanku o której godzinie będzie bus do Vigan, mówią, że co chwila są tylko trzeba machać. I że nie tylko mamy patrzeć na te które mają napisane Vigane, te której jadą do Laoag też nam pasują. Zaczynamy z nimi rozmawiać pytają skąd jedziemy, skąd jesteśmy, gdzie byliśmy, jak nam się podobało w Sagadzie, pokazuje jej zdjęcia jest bardzo miło.

Ona wraca do swoich zajęć i za chwile przynosi ugotowane banany. Banan normalnie w skórce tylko ugotowany w wodzie, dziękujemy i próbujemy. Smak, miało podobny do ugotowanego ziemniaka, brakowało tylko soli 😉 hehe

Po chwili nadjeżdża nasz bus i pakujemy się do niego. Jedziemy ok półtorej godziny i docieramy na dworzec w Vigan. I mogło by się wydawać, że jesteśmy już na miejscu, ale jednak jeszcze trochę przed nami 🙂

W pierwszej kolejności udajemy się do pobliskiego hotelu o nazwie Green hotel, Hala sprawdza i mówi, że jak nic nie znajdziemy to ten jest spoko. Na dworcu jak wysiadaliśmy widzieliśmy europejczyków więc wracamy do nich i pytam gdzie tutaj spali, podają nam nazwę hotelu, wymieniamy się tym co widzieliśmy tym co oni widzieli taki szybki przewodnik i rekomendacje w pigułce i lecimy dalej.

Spacerujemy przez miasto w poszukiwaniu noclegu, zaglądamy do kolejnych miejsc i jest pewnie error, ponieważ są super piękne kamienicy, ale śmierdzi w nich grzybem a ceny mają jakieś z kosmosu ;/ kierujemy się w stronę miejsca poleconego przez francuzów poznanych na dworcu, o nazwie Vigan hotel, po drobnych przygodach docieramy do niego i zaczyna się zabawa już od wejścia.

Na dole w recepcji rozstawione są 3 łóżka polowe, na jednym śpi mężczyzna, którego próbujemy obudzić, lecz mimo wielu prób jest to bezskuteczne, mówię Hala ja nas zamelduje, co to za problem?,  Nie nie poczeka. No dobra, nie wiem na co ale poczekam. Zaglądamy do kolejnych pomieszczeń, w poszukiwaniu kogokolwiek, chodzimy krzyczymy nic, próbujemy obudzić śpioszka, ale nie ma opcji, śpi jak zabity.

W końcu robię, jak czuję, wbijam się na recepcję, biorę klucz i idę na górę sprawdzić pokój, no przecież przyszłam tu spać a nie kraść, mam dobrą intencję więc nie widzę żadnych przeciw wskazań, jestem w Azji w końcu tu wszystko jest możliwe 🙂 Wchodzę na górę, po pięknych szerokich drewnianych schodach, odnajduje pokój do którego mam klucz, otwieram drzwi a tam hmmm jak na sali szpitalnej w latach dwudziestych, do tego odór grzyba miesza się z moczem .. nie ma mowy, nie zostajemy tutaj! schodzę na dół mówię Hala nie ma sensu go budzić bo jestem nie najlepiej, ale idź sam sprawdź, poszedł i wrócił z podobnym odczuciem do mojego. Godzina była już późna ok północy więc postanowiliśmy, że wracamy do pierwszego hotelu przy dworcu, w miedzy czasie zaczęło lać, więc schowaliśmy się gdzieś pod sklepem, zaczynało padać mocniej i nie znosiło się na szybki koniec, po pół godzinie, Hala poszedł zapytać o trycykla.

Wrócił za chwilę z pomocnym właścicielem kafejki internetowej, który zaoferował, że nas podwiezie. I tak dotarliśmy do Green hotelu, padliśmy jak małe dzieci spać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *