Pożegnanie z Vigan. Kierunek Manila.

Zaczął się ostatni poranek w Vigan, zostało zaledwie kilka godzin na korzystanie z uroków tego bądź co bądź urokliwego miejsca. Hala śpi, ale to nie nowość 😉 Jak zaczynam swój dzień od pysznej kawy w Break coffee, i ta jest naprawdę wyjątkowa 🙂 Dziś siadam przy stoliku na zewnątrz, nie mam komputera, jest kawa i uwaga zwrócona na zewnątrz i to jest niezwykłe co dzieje się dalej.

Każdemu mówię dzień dobry i uśmiecham się, najpierw zaczyna ze mną rozmawiać Fernando, młody chłopak ok 24 lat, pyta skąd jestem, jak mi się podoba na Filipinach, czym się zajmuje, rozmawiamy o wszystkim, zapraszam go by usiadł ze mną. Po chwili dołącza do nas Don, mężczyzna ok 50, który wczoraj proponował mi wycieczkę trycyklem jak tylko usiadłam. Mówię, mu ze wczoraj trochę się na niego zezłościłam, że mi przeszkadza on mówi, że wie, że nie powinien tak robić i że mnie przeprasza.

Rozmawiamy dalej o tym jak jest w Polsce, że mamy śnieg, że nie ma u nas już komunizmu. Niestety sama widziałam program o Polsce w filipińskiej telewizji, który był wspominkami PRLu ale niestety był zrobiony tak, że wychodziło na to że u nas nadal jest tak jak było kilkanaście lat temu. Więc edukuje z historii Polski, pokazuje mapę, pokazuje prezydenta, mówię, że mamy demokrację, ani się obejrzę i już uczę podstawowych zwrotów polskich, Dzień dobry, Jak się masz itd 🙂

Dalej pada pytanie klucz, czy podróżuje sama, mówię, że nie że z kolegą, a z chłopakiem mówię, nie z kolega, a z mężem, powtarzam że z kolegą. Don nie może tego ogarnąć umysłem i zaczyna się, a ile ty masz lat? Mówię że 30, i ty nie masz męża, przecież ty będziesz z roku na rok coraz starsza i co kiedy będziesz miała męża ;), uwielbiam te rozmowy 🙂 Dalej  jest tylko lepiej, jak nie mam męża polaka, to może filipińczyk się nada, w 3 sekundy organizowany jest casting na męża, ja ze śmiechu leżę już prawie pod stolikiem 🙂

Don spostrzega, że jestem wysoka więc stwierdza, że mój mąż musi być wyższy ode mnie, Fernando czym prędzej prosi mnie o powstaje, okazuje się że jest niższy ode mnie co kwituje „No nie ja, jestem za niski” 🙂 Ten komizm sytuacyjny trwa dalej, a ja nie mogę już ukryć rozbawienia tą chwilą.

Plebiscyt na męża przerywa kurier, któremu mówię Dzień dobry, pyta skąd jestem mówię, że z Polski. Polska, Polska .. wiem stamtąd jest Arnold Szchwarzenegger, mówię że nie, to jakoś do niego nie trafia, ponownie mówię, że nie. Jak nie Arnold jest z Polski to Alcatraz, to film o Polskim więzieniu. Śmieje się już w głos i tłumaczę iż nie, jak nie jak tak 🙂 Trochę jeszcze próbuje tłumaczyć, że nie ale widzę że rujnuje mu światopogląd, więc odpuszczam. W miedzy czasie Don ma klienta, żegnamy się on odjeżdża, Fernando wraca do funkcji manager kawiarni, a ja dziękuje im za miły czas i idę dalej realizować swój plan.

Są dwa miejsca które bardzo chce zobaczyć przed wyjazdem garncarnie i miejsce gdzie kręcili urodzonego 4 lipca, ponieważ to ulubiony film mojego Taty, który też urodził się 4 lipca 🙂 Jest ok 10:00, więc chce wziąć bryczkę i podjechać w te miejsca, mam jeszcze trochę czasu do 13:00 by to wszystko zrobić

Dzwonię najpierw do Haliny, kontrolnie czy wstał, dzielę się pomysłem, mówi, że On też chce, więc ustalamy, że zgarniemy go po drodze.

Wsiadam w bryczkę, która trochę jest jak karoca i jestem księżniczką 😉 hehe pozdrawiam wszystkich przechodniów i kierowców, uśmiecham się macham, podjeżdżamy pod hotel, zgarniamy Halinę i jedziemy w zaplanowane miejsca.

Oto kilka zdjęć z tego przejazdu 🙂

Odwiedzamy Villa Angela, nie jest to miejsce, to do którego chciałam dotrzeć, ponieważ tu mieszkał Tom Cruise, podczas kręcenia „Urodzony 4-ego lipca”, a nie nagrywano tu film, no ale dobre i tyle, wnętrza były piękne więc nie czuję się bardzo rozczarowana 😉 Następne miejsce to przystanek garncarnia, to było ciekawe doświadczenie, nigdy nie byłam w takim miejscu, i nie widziałam, że przez 3 tygodnie wysycha glina w piecu. Nie miałam też pojęcia, że proces wykonania garnków nie zmienił się od kilkuset lat.

Robi się południe więc czas na pakowanie i lunch. Na dworcu okazuje się bus będzie ok 14, więc mamy trochę czasu. Zostawiamy bagaże w przechowalni i lecimy jeszcze spędzić ostatnie chwile na mieście. Siadamy w parku, ja napawam się widokiem tego co dzieje się dookoła, popijam colę i wygłupiam się dzieciakami jest super.

Lecz czas dobiega końca, idziemy na dworzec, po drodze kupuje super pyszne lody 🙂 pakujemy się do busa i ruszamy w stronę Laoag skąd mamy samolot do Manili. Wybraliśmy tę formę transportu ponieważ w 2 godziny będziemy na miejscu, za 60zł. Alternatywą była 12 godzinna podróż busem, lecz tym razem wygrał komfort 🙂

Jedziemy do Laoag, pod koniec drogi odwraca się do nas chłopka i pyta czy jedziemy na lotnisko, mówimy, że tak więc on mówi by wysiąść wcześniej bo lotnisko jest oddalone kilkanaście kilometrów od centrum i zapłacimy bardzo dużo za transfer na lotnisko. Tak robimy.

Wysiadamy z busa, w miejscu gdzie jest uliczne jedzenie i sklep papierniczy. Potrzebujemy karton w który zapakujemy kaski i noże, bo nie wpuszczą nas z nimi do samolotu. Pani daje na karton zabieramy go i udajemy się do baru w którym Pani robi pyszne empanady. Jeszcze na pożegnanie skosztujemy tej pyszności jestem prze szczęśliwa.

Rozkładamy się na końcu tej mini przydrożnej restauracji i zaczynamy się przepakowywać, wzbudzamy dość duże zainteresowanie i uśmiechy na twarzach kolejnych klientów 🙂  Jest naprawdę bardzo fajnie. Sami mamy niezły ubaw z siebie ile szpeju nazbieraliśmy w tak zwanym między czasie 😉

Zapakowani, z empanadami na drogę pakujemy się w trycykla, który jest podświetlany na niebiesko, mówię do kierowcy, że to nie jest zwykły tryckl to statek kosmiczny, rozbawieni jesteśmy na maksa tą cała sytuacją, a ja tego dnia jestem już drugi raz księżniczką tym razem w kosmicznym statku 😉

Docieramy na lotnisko, odprawiamy się, mamy godzinę do odlotu i okazuje się, że nasz lot zostaje opóźniony o dwie godziny więc mamy dużo czasu na koczowanie na lotnisku. W tym czasie rozmawiam z tatą, odpisuje na maile i rozładowuje telefon 😉

Pakujemy się do samolotu i za godzinę jesteśmy już w Manili, robi się północ. Odbieramy rzeczy i udajemy się do hotelu, w którym spędzimy nasze ostatnie dni na Filipinach. W poniedziałek rano lecimy do Bagkoku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *