Sagada. Kierunek wiszące trumny.

Sagada, jest niczym Szczyrk czy Zakopane Filipin, czyli górski kurort do którego ochoczo przyjeżdżają filipino na weekend, czy na urlop. To małe miasteczko liczące zaledwie 11 tyś mieszkańców, słynie z tarasów ryżowych, pięknych wodospadów, zaskakującej jaskini, wypełnionej stalaktytami i stalagmitami oraz jeziora z czystą krystalicznie wodą w środku, malowniczych górskich widoków. Także z tego, że hobbiści „zielonego;)” mogą tu skosztować co nieco, z wysokogórskich upraw marihuany. I oczywiście z pozostałości z przeszłości czyli z niecodziennej formy pochówku, wiszących między skałami skalach trumien (hanging coffins).

Skąd taka forma pochówku? Szukałam odpowiedzi w kilku źródłach, które są rozbieżne wiadomo literatura różni się często od lokalnych opowieści, a ponieważ ja jestem na etapie podróży i chłonę wiedzę zasłyszaną od mieszkańców więc ja skłaniam się do tej wersji, one zawsze mają w sobie taką magię, której nie oddaje literatura 🙂 Pochówek między skałami to według religii animistycznej, chęć bycia bliżej nieba. Po wprowadzeniu katolicyzmu, zrezygnowano z tej pogańskiej formy pochowku i zaczęto chować do znanej w Europie formy czyli „do ziemi”. W chwili obecnej istnieje możliwość wyboru formy pochówku.

Po zasłyszeniu tych wszystkich informacji stwierdziliśmy, że warto to zobaczyć skoro już tu jesteśmy znajduje się to niedaleko wiec idziemy. Aura pogodowa nas nie rozpieszczała, przyzwyczajeni do ciepłego słońca Vissayas nie przygotowaliśmy się zbytnio do deszczowej, chłodnej górskiej pogody Luzonu. Lecz mimo lekkiej mżawki wspólnie z Samem i Susan ruszyliśmy w kierunku wiszących trumien umiejscowionych w Echo Valley (dolinie Echa), jak Halinka ujął to swoim angielskim „sarkofag in the wall” 😉

Sama i Susan poznaliśmy w Brew Cofee Sagada (pyszne jedzenie i najlepsza kawa, więcej później o tym miejscu), to filipińska para, która w wolnych chwilach podróżuje. Sam jest profesjonalnym fotografem, więc od słowa do słowa, zeszło się na to, że oni tez się wybierają dziś oglądać wiszące trumny, więc ruszyliśmy wspólnie.

Każde z nas wiedziało tyle, że jest to za kościołem, przy obecnym cmentarzu i że nie daleko 15-20 minut spacerem.
Ruszyliśmy troszkę momentami kropiło, ale nie przeszkadzało to nam, dziarsko maszerowaliśmy z przerwami na zdjęcia.

Doszliśmy na górę, by stromym zboczem zacząć schodzić w dół, wówczas zadałam sobie pytanie – po jasną cholerę mi ten duży aparat? w takich momentach czuję się jak kaleka, bo nie idę dziarsko tylko myślę o tym jak iść by przypadkiem nie stracić równowagi i nie upaść, ale szybko odpuściłam tę rozkimnkę i skierowałam swą uwagę na otaczającą mnie przyrodę 🙂

W między czasie, wymienialiśmy informacje, ktoś mówił, że tu w prawo, a tu że w lewo no i tak szliśmy, z udeptanego szlaku, robiła się ścieżka, dróżka, ścieżynka, a trumien jak nie było tak nie ma,  Sam który przeciarał szlak (jako jedyny miał odpowiednie obuwie do tej wyprawy) zaczął wyznaczać szlak bo drogi nie było, czyli HEJ PRZYGODO 🙂

Humory nam dopisywały, mimo tego iż w Sagadzie od kilku dni pada, i wszystko jest mokre, śliskie, kałuże i błoto, czyli to co tygrysy lubią najbardziej. Początkowo starałam się zwracać uwagę na to by nie mieć mokrych butów ale się nie dało.
Był i upadek błotny, były i kałuże po kostki, było wesoło.

Sam krzyczał z daleka, że dotarliśmy do plantacji kawy, krzyczeliśmy by zamówił dwie americano jedną czarną drugą z mlekiem dla nas, ale powiedział, że barman ma wolne, powiedział, że nie ma sprawy jak jest woda, ogień i szklanki to ja zrobię, na co Sam, że z americano jest tylko kawa, na krzaczkach 😉

Szliśmy dalej, słychać było rzekę, jednogłośnie stwierdziliśmy, że to podziemna rzeka, na co ja, że ja  mam już prywatą podziemną rzekę w moich butach 🙂

Nasz szlak się stał ślizgawką błotną w dół, Halinka wystrugał po dużym kiju dla każdego dla utrzymania równowagi, co okazało się bardzo bardzo pomocne, tak samo jak zakupione jakiś czas temu rękawiczki motocyklowe, uratowały moje dłonie i dały ciepło i tym razem,

Zaczęło padać coraz mocniej, a my byliśmy w miejscu trochę jakby odciętym, mieliśmy opcje albo wracać tak jak przyszliśmy, albo wdrapywać się po skałach …zawsze uczyli, że lepiej iść do przodu niż wracać, więc Halina poszedł pierwszy sprawdzić szlak, ja z SS Teamem zostałam, zaczynało padać mocniej i mocniej, podjęliśmy decyzję, że nie czekamy na Halinę, że idziemy za nim.

Zaczęliśmy się wdrapywać po śliskich kamieniach, było to naprawdę śmieszne i nowe doświadczenie w tej podróży. Pojawiła mi się taka myśl, że skoro tak już idziemy ze 3 godzi i trumien jak nie było tak nie, drogi do wyjścia też jakby nie ma to jak nic będziemy dziś gdzieś spać, miedzy tymi skałami lub krzaczkami 😉 hehe

Gdy pokonaliśmy kamienie, wyszliśmy na jakąś ścieżynkę miedzy drzewami i  z oddali pojawił się głos Haliny, że za kawałek jest normalna droga i że prawie jesteśmy w domu. I tak też było po przedzieraliśmy się jeszcze przez haszcze i doszliśmy do drogi – uratowani 🙂

Mokrzy, brudni, z uśmiechami od ucha do ucha jednogłośnie stwierdziliśmy, że jutro podejmujemy próbę numer dwa na dotarcie do Echo Valley.

Po powrocie okazało się, że wysuszenie butów jest jakby nie możliwe bo oni nie mają kominka, w sumie jesteśmy na filipinach to po co komu kominek 😉 i za radą starszej Pani z recepcji miałam nadzieje i modliłam się o słońce dnia następnego, bo zostaliśmy bez obuwia do górskich wycieczek, a na kolacje pomaszerowaliśmy w obuwiu na każdą pogodę czyli w japonkach.

Tego wieczoru jak małe dzieci poszliśmy spać o 10 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *