Sagada. W poszukiwani Echo Valley

Po pierwszy podejściu do znalezienia doliny Echa, gdzie znajdują się wiszące trumny, zostaliśmy na dwa dni prawie odcięci od pieszych wycieczek. Lecz wróciliśmy do gry ponownie, więc robimy podejście numer dwa.

Tym razem nie idziemy w lewo tylko w prawo i okazuje się, że docieramy do lokalnej szkoły gdzie dowiadujemy się, że jednak musimy iść jednak w lewo. Więc wracamy na znany nam szlak i wspinamy się na górę, na obecny cmentarz, i wracamy właściwie do punktu w którym już byliśmy poprzednio, trochę jesteśmy zrezygnowani, że nie możemy tego znaleźć, ja silę się na jakieś słowa pocieszenia mówiąc „Haliśku nic się nie martw, tu podobno mało jest tych trumien, więcej jest w Indonezji, Adaś ze Słupska mówił. Za chwilę tam będziemy to sobie pooglądamy” Sama jestem średnio przekonana do tego co mówią, więc On też tego nie kupuje za bardzo, pojawia się trochę złości i napięcia, zupełnie zbędnego, ale ale nie poddajemy się.

Zaczepiam grupę, która właśnie wraca z doliny Echa i pytam, którędy możemy tam dość, i młody filipińczyk ok 24 lat, imieniem Jim mówi ja Cię tam zaprowadzę, to blisko. WOW cudownie to idziemy!

Idę z nim i rozmawiamy, okazuje się że on jest tutaj na urlopie z rodziną, urodził się w Manili, od 4 latach mieszka w USA, pracuje tam dla armii amerykańskiej w sektorze IT. Jest bardzo pomocny i bardzo ochoczy do rozmowy – bardzo lubię tą niezwykłą otwartość z jaką się spotykam  w trakcie podróży.

Idziemy miedzy grobami, później schodzimy zbocza góry, skaczemy przez kamienie, i TAAAADAAAAM jesteśmy na tarasie widokowym, na wiszące trumny, widać niezbyt wiele, przydała by się lornetka, bo obiektyw 18:105 nie daje rady, więc zdjęcia dla Was nie mam, poczekacie do Indonezji 😉 Jim mówi, że można tutaj zejść na dół ale on nie wie jak tam droga prowadzi to go uświadamiam, że nie prowadzi bo my już tam byliśmy, trzy dni temu. Zaczynamy się smiać, przybijamy piątkę i on wraca do swojej grupy.

My zostajemy, wymieniamy spojrzenia, i dochodzimy do wniosku, że wracamy na dół i jedziemy na wodospad Bomod-ok. Jeeepneyem 30 minut i później 15 minut spacer i jesteśmy na miejscu. Tak też robimy.

Na przystanku okazuje się, że najbliższy jeepney odjeżdża za 2 godziny, no więc idziemy pieszo, pogoda jest super idzie się bardzo przyjemnie i po drodze podziwiamy super widoczki, więc co chwilkę przystaje by zrobić zdjęcia. Lubię to jak idziemy razem, ale jednak oddzielnie, każdy ma swoją przestrzeń i woje tempo nikt na nikogo nie czeka, mamy obrany punkt do którego zmierzamy i każde z nas idzie swoim tempem.

Czasem pytacie mnie, jak to jest, że tyle czasu jedziemy razem i nadal jedziemy razem 😉 odpowiedź jest prosta i sukces polega na tym, że po pierwsze spędziliśmy jeden miesiąc oddzielnie, a po drugie dbamy o to, że mimo iż podróżujemy razem by każde z nas miało swoją przestrzeń. Oczywiście nie zawsze jest tak różowo i gładko jak to pisze, bo jesteśmy ludźmi nie aniołami i w każdym z nas drzemią demonki 😉 i różne tęsknotki itd., ale powiem Wam że naprawdę jest bardzo bardzo dobrze 🙂

Wracając do naszego spacery w kierunku Bomod-ok, docieramy do miejsca w którym Halina, mówi idę zobaczyć co jest na górze i wdrapuje się po schodkach, a ja idę dalej przed siebie, ale za chwilę dzwoni i mówi chodź na górę. Wracam i wdrapuje się po tych schodkach, docieram na miejsce gdzie jest betonowy taki niby domek, właściwie to szkielet, po którym wdrapuje się do Hali na górę, a tam oczom mym maluje się znakomity widok. Zostajemy tam dłuższą chwilę robiąc sobie piknik i rozmawiając. Kiedy podejmujemy decyzję o dalszym maszerowaniu zaczyna padać, więc stwierdzamy że przeczekamy w tym schronieniu dopóki nie przestanie.

Deszcz przestaje padać, a my ruszamy dalej. Dotarliśmy do miejsca w którym jest wodospad Bomodok i zapytaliśmy lokalesów o drogę, którzy wskazali nam sklep w którym uzyskamy odpowiedź. Więc pytam którędy na wodospad i pani najpierw pyta gdzie nasz przewodnik, mówimy że nie mamy, po czym mówi że w wiosce jest dziś święto i wodospad jest zamknięty. Więc pytam czy możemy iść do wioski, dostaje odpowiedź, że nie bardzo hmmm no i ja ze swoją naiwnością mówię Hala nici z naszego wodospadu, dziś mają tam święto, trzeba uszanować ich kulturę. Na co Hala, czy ty rozum straciłaś w Azji jesteśmy, tutaj się bierze na wszystko poprawkę idziemy dalej. Trochę, jestem zmieszana, ale idę dalej. Idziemy, idziemy widoczki podziwiamy, ja po drodze  pytam jeszcze młodzieńca o drogę, a on to samo, a gdzie macie przewodnika? mówimy, że nie mamy a on, że nie wie gdzie jest wodospad. Kurcze o co tu chodzi myślę sobie?

Zawracamy do miejsca, gdzie był sklep, rozglądamy się bardziej i dostrzegamy znaki na wodospad więc skręcamy i idziemy w dół po schodkach. Zaraz za nami rusza grupa filipińczyków, która coś pokrzykuje do nas, pyta gdzie nasz przewodnik itd,  mojej głowie zaczyna się meksyk, i czuje się niepewnie, proszę Halę byśmy ich puścili przodem on się ze mnie śmieje, weź wyluzuj, o co Ci chodzi. Idę dalej i mi to nie pasuje w końcu mówię, że zawsze szanujemy swoje czucie i ja teraz czuje, że chce ich puścić przodem czy może to uszanować no i dociera do niego, więc puszczamy ich przodem.

Schodzimy dalej w dół i w dół, są schodki, są tarasy ryżowe przez które przechodzimy, są mostki, kładki, jest ślisko i jest stromo a my cały czas schodzi w dół i w dół, w końcu docieramy do wioski w której pytamy, którędy na wodospad i znowu ta sama śpiewka, nie macie przewodnika? Kurde no coś tu nie gra czy ja jeszcze nadal jestem na Filipinach, czy w nie wyjaśnionych okolicznościach przeniosłam się teleportem do Kambodży? Okazuje się, że nikt nie wie gdzie jest wodospad, wchodzimy na czyjeś podwórko, Panienka z okienka krzyczy, że tu nie ma drogi na wodospad i na górę trzeba iść, zawracamy .. trochę zaczynam być zrezygnowana, ale Szef ma nas zawsze w opiece i zsyła nam drogowskaz, uchował się gdzieś jeden pomocny człowiek w tej wiosce, który wskazał nam drogę.

Powiedział, też że trochę późno już bo 17:00, i że za godzinę zajdzie słońce i możemy nie zdarzyć, ale my podejmujemy to wyzwanie skoro jesteśmy już tak blisko 🙂 Ten uroczy chłopkach, prowadzi nas przez tą wioskę przez którą przed chwilą już szliśmy i nikt nie widział gdzie jest wodospad. Dochodzimy do miejsca gdzie on nam pokazuje, że stąd jest 20 minut drogi pieszo i, że tam w oddali jest wodospad. Maszerujemy dalej dziarsko, ale dookoła nad górami zbierają się czarne chmury, mimo optymistyczne wersji, zaczyna przemawiać przez nas realizm iż nie zdążymy pójść i wrócić przed zachodem słońca i przed deszczem. Zawracamy.

Zaczynamy wspinać się po schodkach na górę, mijamy wioskę idziemy, idziemy ciągle w górę, czuje jak moje pośladki i łydki są na swoim miejscu, a do tego purpur wysiłku maluje mi się na twarzy, tych schodków i schodeczków było ze dwa miliony.

Wchodzimy na górę, i pierwsze kroki kierujemy do sklepu po zimną wodę, a ja mam takie przemyślenie

Trafiliśmy do Wioski Dwóch Milionów Schodków, wioski gdzie ludzie nie sa dla siebie pomocni, gdzie każdy obcy jest intruzem, a pomocy można udzielić tylko interesownie lub za pieniądze. I wówczas akuku, doznałam olśnienia, przed chwilą doświadczyliśmy świata, który może stać się codziennością wszędzie, każdy gdzieś pędzi, nie patrzy na drugie, jest ślepy na potrzebę drugie człowieka i bez interesu lub korzyści jakiekolwiek nie pomoże bliźniemu. Jednak jest nadzieja, że pośród ty wszystkich złych dusz jest też anioł, który wychodzi z pomocną dłonią. Dlatego jest tak ważne, to żeby być zmianą, którą chcemy widzieć w świecie zacznijmy od siebie!

Z takim o to przesłaniem, ruszyliśmy w nasza powrotną drogę do Sagad. Tym razem nie było dane nam zobaczyć pewnych rzeczy, ale to nic bo tu jeszcze wrócimy. Zmrok zapadał a my dziarsko przemierzaliśmy, każdy kolejny kilometr, i po nie całej godzinie byliśmy już na miejscu.

Jutro ruszamy w stronę Vigan 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *