USA. Pierwsze kroki w Los Angeles

Lot z Australii do Los Angeles trwał zaledwie 26 godzin 😉 miał miedzy lądowanie w Doha. I jeśli ktoś pyta dlaczego wybrałam przelot w drugą stronę to odpowiedź jest prosta – podyktowane to było po porostu komfortem lotu i ekonomią – tyle.

Jak wysiadłam z samolotu to nie bardzo wiedziałam jak się nazywam, a przede mną rozmową z urzędnikiem imigracyjnym. Legend o rozmowach na lotnisku w USA, tak samo jak o uzyskaniu wizy słyszałam setki, nie powiem że nie napędziły mi trochę stracha. Lecz ja wiedziałam po co tu przylatuje, mam argument w postaci stron pełnych stempelków w paszporcie, oraz znajomych w Kalifornii więc byłam dobrej myśli.

Po kilku zabawnych sytuacjach w kolejce o długim czasie oczekiwania, funkcjonariusz służ granicznych okazał się bardzo miły, wstemplował mi wizę na 6 miesięcy. Nie zdając jakiś dziwnych czy niezwykłych pytań, z którymi nie spotkałabym się w jakimkolwiek innym kraju, nie oczekując jakiś super zaświadczeń ode mnie. Bardzo się ucieszyłam, bo to znaczy że do września będę mogła eksplorować ten nie mały kraj 🙂

Po odebraniu bagażu, kawa i szybka łączność ze światem i znalezienie hotelu oraz wypożyczalni samochodów. Wszystko ogarnęłam dość sprawnie. Z lotniska do hotelu był bezpłatny transport autobusem, więc to mnie miło zaskoczyło. Po check in, mój organizm przypomniał mi że nie samą podróżą człowiek żyje i że moje ciało potrzebuje paliwka. Postanowiłam zjeść coś normalnego (gwoli ścisłości jedzenia w samolocie nawet stwardesy nie uważają za zjadliwe ;)). Znalazłam wspaniałą grecką restaurację Aliki’s Greel Taverna.

Mam wrażenie, że tamte kilka godzin funkcjonowałam jakby w pół śnie i nie wiele dostrzegłam z tego co działo się dookoła mnie. Pamiętam natomiast, że powietrze pachniało zmianą i polską wiosną. Greckie jedzenie było pyszne oraz ludzie bardzo pomocni i serdeczni.

Tak zaczęła się moja przygoda ze Stanami.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *