USA. Pustynne spotkania na obczyźnie.

Poznałyśmy się w najsmaczniejszym miejscu w Warszawie – w jej restauracji Veg Deli. Miałyśmy się spotkać na Filipinach, nie było nam po drodze. Dopiero w dwa lata później, w totalnie drugim końcu świata miałyśmy czas na plotki. Joasia to chyba jedna z nielicznych tak wrażliwych, życzliwych i tak cudnie ciepłych osób jakie poznałam w swoim życiu.

Wraz ze swoim cudownym mężem Arturem (bo jakiego może mieć męża taka nietuzinkowa kobieta), postanowili sprawdzić jak się żyje w Kalifornii. Wybrali sobie pustynię w sąsiedztwie Parku Joshua Tree, jak mnie się wydawało nieopodal Los Angeles. (Piątek wieczór + początek wiosennej przerwy = armagedon na drodze i prędkość średnia 20mil/h).

Po chyba 5 godzinach albo i dłużej wreszcie do dotarłam. Choć, już myślałam że to nie nastąpi nigdy. Asia powitała mnie ciepłem i serdecznością i oczywiście nakarmiła smacznie wegańsko – w czym nie ma sobie równych 🙂 Później to już były nocne polaków rozmowy, na tematy wszelakie 😉 Było wspaniale.

Dzięki temu iż przygarnęli mnie pod swój dach, mogłam spokojnie otrząsnąć się z różnicy czasu. Dodatkowo dostałam pakiet niezbędnych informacji instrukcji jak odnaleźć się w amerykańskich realiach. To było najwspanialsze przywitanie na tym nowym kontynencie.

Joasia zabrała mnie na lokalny sobotni poranny market zwany – SWAP-MEET (wymiana – spotkanie). Był tam tak zwane mydło i powidło – wróciłam z dwoma ogromnymi reklamówkami pomarańczy z lokalnego ogrodu ($5), nową kowbojską koszulą i kamiennym talizmanem. Do tego odwiedziłam prawdziwy sklep kowbojski, poznałam parę historyjek. No i zobaczyłam, że ludzie z pokolenia Johna Lenona nadal żyją i chodzą po ulicach 🙂

Kolejnym lokalnym smaczkiem była wizyta na legendarnej GIANT ROCK (pustyni Mojave). To jest nie lada gratka, bo to nie jakaś tam sobie skała, jest to moi drodzy największy na Ziemi wolno stojący głaz granitowy (540m).

Z miejscem tym związana jest silnie historia Pana Tessel’a. George van Tassel był były mechanikem samolotów i inspektorem lotów, który przeprowadził się na Kalifornijską pustyni Mojave, by opiekować się tutejszym lotniskiem.
Tam zaczął medytować pod właśnie wspomnianą już Giant Rock, którą Indianie z miasteczka Joshua Tree uważali za świętą.

W sierpniu 1953, Van Tassel – miał kontakt z przybyszami z innej galaktyki. Jak twierdził, przybysze przekazali mu techniki odmłodzenia komórek tkanki ludzkiej. Działając zgodnie z instrukcjami w 1954 roku, rozpoczął konstruowanie Integratron.

W tym samym czasie pod Giant Rock zaczęły się odbywać co roczne konwencje UFO. Zbierane na nich datki pozwoliły na pokrycie kosztów budowy. Budowa głównej konstrukcji Integratora była zakończona około 1959 roku, ale van Tassel kontynuował pracę na urządzeniu aż do swojej nagłej śmierci w 1978 roku. Niestety zmarł przeddzień uruchomienia tej wspaniałej machiny.

W dniu dzisiejszym Integrator oferuje kąpiele dźwiękiem. Jest lokalną atrakcją turystyczną, a także miejscem spotkań tak zwanej „bogatej” młodzieży z LA, która przyjeżdża do Landers na weekend.

Historia ta opowiedziana przez Asię i Artura w urokliwej scenerii pustynnej, sprawiła że naprawdę polubiłam to miejsce i uznałam je za nieszablonowe, i chyba jedyne jak dotychczas związane z UFO na mojej drodze.

Po tym elemencie zaznajamiania się z lokalna historią oddaliśmy się zbieraniu „cudeniek” z pustyni oraz kontemplacji zachodu słońca. Te wszystkie emocje i wrażenia ożywiły nasze żołądki, zatem z racji iż była sobota, czyli dzień nazwijmy to „grzeszenia”, udaliśmy się na pizze do lokalnej knajpki. Gdzie powitali nas trzej cudnie uroczy i absolutnie amerykańsko okrągli chłopcy. Jeden z nich miał Polskie korzenie i nazwisko, i bardzo emocjonował się to, że ma 13 liter w nazwisku i że amerykanie nie mają takich długich nazwisk 😉

Następnego dnia rano opuściłam Landers, i rozpoczęłam trip w kierunku Sacramento, wypożyczonym w firmie Hertz autem 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *